22 sierpnia 2014

Denko nr 16

Cześć!
Dziś denko, jakiego świat nie widział! Jest gigantyczne, dlatego podzielę je na części, bo siedzielibyśmy tu wieki ;) Zapraszam więc do poczytania o tym, co zużyłam ostatnimi czasy.

Kolorówka
Yves rocher Pure light to podkład, który nie przypadł mi do gustu. Wszystko byłoby w porządku - zniosłabym jego intensywny i specyficzny zapach oraz rzadką konsystencję, jednak efekt na twarzy mnie nie zadowala. Owszem, jest to produkt rozświetlający i bezdrobinkowy, ale wspomniane rozświetlenie jest jakieś takie... zmęczone. Wygląda tak, jakby makijaż był już lekko nieświeży i po całym dniu spędzonym w temperaturze 30 stopni. Funkcjonalna pompka, która się nie zacina jest świetnym pomysłem, jednak nie jest w stanie uratować zmienić mojego zdania o nim. Dodatkowo jest niezbyt tani, a kolor, który miał być jednym z najjaśniejszych, jasnym wcale nie był.
Rimmel Wake me up to mój ulubiony podkład rozświetlający. Sprawdza się zarówno solo, jak i w duecie z bardziej kryjącym podkładem. Daje efekt świeżej i wypoczętej cery. Owszem ma drobinki, o które sprzecza się cała blogosfera, jednak jest to raczej rozświetlający pył niż brokat. Krycie jest średnie i wystarczające w przypadku niewielu doskonałości. Uwielbiam to, jak wygląda, dlatego chętnie do niego wracam.
Paese Puder ryżowy nieszczególnie mi się spodobał, miałam wrażenie, że nie zgrywał się z podkładami i podkreślał wszelkie niedoskonałości jak rozszerzone pory czy złamania mimiczne. Faktycznie utrzymywał mat dość długo, ale chyba nie o taki efekt mi chodzi. Przez to, że był sypki, wystarczył na bardzo długo. Z tego co się orientuje, nie kosztuje też dużo. Możliwe, że do cery tłustej się sprawdzi.
Loreal True match to najlepszy korektor, jakiego do tej pory używałam. świetnie kryje, gama kolorystyczna jest bardzo korzystna i zawiera naprawdę jasne odcienie, idealnie spisywał się pod oczy i nie ważył w zmarszczkach. Jedyne, z czym sobie nie radzi to nierówności na skórze, ponieważ każdą z nich dodatkowo podkreślał. Krótko - świetny pod oczy i na przebarwienia, na wypryski absolutnie nie. Myślę, że, jeśli nie znajdę w najbliższym czasie nic ciekawego, wrócę właśnie do niego.
Rimmel Match perfection, który miał być 2 w 1, czyli korektorem i rozświetlaczem. W moim odczuciu jest lekko kryjącym, rozświetlającym korektorem. Takie lekki i przyjemny na co dzień czy na mniejsze problemy z cieniami pod oczami. Bardzo wydajny.
Essence Lash mania reloaded to tusz, który był dla mnie dużym rozczarowaniem. Oczekiwałam efektu sztucznych rzęs, jednak go nie otrzymałam. Dodatkowo osypywał się koszmarnie, maleńkimi drobinkami, które tak bardzo podrażniały oczy, że nie dało się go używać. Nie wrócę do niego.
Catrice Liquid liner w kolorze I am golden sandy to idealny kolor złoty - ani za ciepły, ani za zimny. Dokładnie taki kolor, jakiego szukałam. Niestety mam go już dość długo i zmienił swój zapach, więc nie chcę go już używać. Gąbkowy aplikator świetnie się spisywał, mimo iż nie jest to moja ulubiona forma aplikacji. Na powiekach utrzymywał się przyzwoicie. Lubiłam go i kupiłabym go ponownie, ale niestety jest wycofany.
Catrice gel eye liner w kolorze In love with a robot to piękne, metaliczne srebro w słoiczku. Idealny srebrny liner. Pięknie wyglądał na powiekach, był cudownie kremowy. Długo utrzymywał się na oczach. Ulubieniec. Zdaje się, że jest już wycofany - szkoda.
Donegal klej do rzęs służył mi długo, spisywał się nieźle, jednak zdarzało mu się brzydko osadzać na rzęsach, przez co był widoczny. Zużyłam połowę, reszta jest już gęsta i ciągnąca, co utrudnia jego zużycie. Myślę, że następnym razem zainwestuję w słynny klej Duo.
Bell Air flow błyszczyk do ust w kolorze, którego oznaczenia nie znam. Był to jednak piękny nude. Nie kleił się i ładnie rozjaśniał usta. Niestety brzydko ważył się w załamaniach i nie był zbyt trwały.

Włosy

Romantic professional Szampon regenerujący był całkiem przyzwoitym szamponem. Dobrze mył, a duża butelka sprawiła, że wystarczył na dość długo. Jedynym minusem jest pompka, która dozuje, według mnie, za mało produktu. Całkiem przyjemny zapach.
Timotei Szampon moc i blask z wyciągiem z alpejskich ziół bardzo mnie zaskoczył. Świetnie mył, przedłużał świeżość włosów, a jego zapach był przyjemnie orzeźwiający. Miał galaretkowatą konsystencję, która jednak nie sprawiała problemów. Do plusów zaliczam również miękką butelkę, dzięki której szampon wydobywało się szybko i bezproblemowo.
Batiste Suchy szampon o zapachu cherry działał jak każdy inny szampon tej firmy, czyli świetnie. Ten zapach jednak nie należy do moich ulubionych, dlatego następnym razem sięgnę po inną wersję. Dla mnie suche szampony Batiste najlepiej się sprawdzają i nie zamierzam zamieniać ich na inne.
Loreto salon lakier do włosów - nie zdążyłam go dobrze przetestować, ponieważ mechanizm dozujący się popsuł. Nie utrwalał włosów jakoś niesamowicie. Nie sklejał aż tak, jak się tego obawiałam. Na pewno plusem jest niska cena, ale chyba od lakieru wymagam większej mocy, mimo iż używam go rzadko.
Marion Termoochrona Mgiełka chroniąca włosy przed działaniem wysokiej temperatury - nie mam pojęcia czy ten produkt działa, bo ciepła na włosy używam raz na ruski rok. Zdążyłam zużyć zaledwie połowę przed upływem terminu ważności. Pachniała intensywnie i chemicznie, nie sklejała, nie przetłuszczała i nie obciążała włosów. Pompka także działała poprawnie. Można spróbować, zwłaszcza, że cena jest niska.


Dove hair therapy krem na noc to produkt niezwykle dziwny. Pięknie pachnie, ma gęstą, nietłustą, przyjemną w dotyku konsystencję, szybko wchłania się we włosy. Pompka podaje odpowiednią ilość produktu i nie zacina się. Opakowanie cieszy oko. Tyle, że ten krem nie działa. Nie robi nic. Włosy po jego użyciu wyglądają tak, jak przed. Dodatkowo producent zaleca nakładanie go na noc, po uprzednim umyciu włosów, po czym rano każe... ponowne umyć włosy. Serio? Myć włosy dwa razy, tylko po to, by użyć odżywki? Nie dzięki.
Ziaja Maska intensywna odbudowa do włosów zniszczonych przypomniała mi, jak bardzo ją kiedyś lubiłam. Pięknie wygładza włosy, sprawia, że lśnią, rozczesują się bez problemu, są sypkie i miękkie w dotyku. To jedna w moich ulubionych masek. Dodatkowo przyjemnie pachnie - słodko, trochę jak syrop na kaszel ;)
L'biotica Biovax maseczki do włosów: keratyna+jedwab, do włosów suchych i zniszczonych, naturalne oleje oraz do włosów słabych ze skłonnością do wypadania nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Efekt po wszystkich był taki sam - słaby. Włosy ani nie wyglądały po nich lepiej, ani się lepiej nie rozczesywały. Mnie nie zachwycają.
Paul Mitchell Extra-Body Daily shampoo to szampon, który świetnie myje pędzle, nawet te ze zbitym włosiem. Nie używałam do własnych włosów, bo nie lubię rozrywać saszetek, siedząc w wannie. Miał ładny świeży zapach, lejącą konsystencję i przezroczysty kolor (o ile kolor może być przezroczysty ;)).

Ciało

Eveline Natural dream SPA Nawilżający balsam do ciała wanilia i kozie mleko bardzo słabo nawilżał, kiepsko wygładzał i generalnie słabo się sprawdzał. Pompka się zacinała, co utrudniało używanie. Plus za zapach - ciepły i otulający.
Kolastyna Nawilżający balsam do ciała miał konsystencję mleczka i szybko się wchłaniał. Pachniał delikatnie, przyjemnie, raczej neutralnie. Nawilżał delikatnie. Raczej do niego nie wrócę.
Bielenda Drogocenny olejek arganowy 3 w 1 ciało, twarz i włosy to produkt, który uratował mi skórę. Dosłownie. Po pierwszym spaleniu skóry na wczesnoletnim słońcu wsmarowywałam go kilka razy dziennie . Dzięki temu skóra, która i tak zejść musiała, zeszła równomiernie. Pierwszy raz po tak ostrym opalaniu nie miałam problemu z nierównymi plamami. Pachniał dziwnie, intensywnie, dość przyjemnie. Atomizer wypsikiwał strumień olejku, nie mgiełkę, więc jeśli szukacie czegoś co otuli wasze ciało chmurką olejku, to nie jest to. Dość szybko się wchłaniał, na skórze pozostawiał lekki, zdrowy blask. Nie stosowałam go na twarz, ani na włosy, więc nie wiem jak sprawdza się w tej kwestii.
Soraya Olejek do opalania (to ta pomarańczowa butelka) był tak nieprzyjemny, klejący, że używałam go do stóp. Pachniał przypalonymi orzechami i generalnie źle go wspominam. Żegnam bez żalu.
Avon Planet Spa Nawilżający olejek do twarzy ze śródziemnomorską oliwą to produkt na bazie parafiny. Użyłam go kilka razy do twarzy, po czym mnie wysypało i zaprzestałam. Zużyłam do nawilżania, czy raczej natłuszczania ciała w miejscach, które są mniej wrażliwe na zapychanie jak ręce czy nogi. Pachniał intensywnie, świeżo. Przyjemna szklana butelka z pipetą. Do twarzy nie polecam.
Lady Speed stick Antyperspirant w sztyfcie bardzo, ale to bardzo mnie zaskoczył. Może nie chronił przed poceniem idealnie, ale pachniał przepięknie (wariant orchard blossom) i zapach ten długo utrzymywał się na ciele. Nie zostawiał plam na ubraniach.

Pierwsza część tego denka za nami. Mam nadzieję, że wytrwaliście do końca wpisu ;) Jeśli tak - gratuluję! Niebawem pojawi się część druga, na którą już zapraszam! A co Wy zużyłyście ostatnio? Dajcie znać!

Miłego dnia!

7 komentarzy:

  1. Rzeczywiście ogromne to denko! Gratuluję takich zużyć :) Ja miałam z tych produktów tylko suchy szampon Batiste i też sprawdzał się u mnie świetnie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Baardzo dużo to denko :))
    Ja mam z Paese puder bambusowy i jest moim ulubieńcem ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Woow, ile kolorówki! Gratuluję :)

    OdpowiedzUsuń
  4. wake me up nie jest dla mojej mieszanej cery, w dodatku najjaśniejszy jest dla mnie za ciemny

    OdpowiedzUsuń
  5. woow, też chciałabym mieć taką frekwencje zużyć:D widzę swojego ulubieńca z Paese, widze, że nie podszedł Ci zbytnio:) dla mnie jest the best:D

    OdpowiedzUsuń
  6. Fajne produkty zużyłaś, widzę kilka interesujących mnie pozycji ;)

    OdpowiedzUsuń

Każdy komentarz to dla mnie ogromna radość, na każdy odpisuję i staram się odwiedzić jego autora, jeśli również prowadzi bloga.

Nie wstydź się, napisz coś ;)