31 marca 2016

Zdobycze marca 2016

Cześć!

Chyba pierwszy raz prezentuję Wam nowości bez opóźnień, gratulacje składam sama sobie z tej oto okazji. Zejdźmy jednak na ziemię i razem podsumujmy kosmetycznie miniony miesiąc, zapraszam!


Na stronie Ladymakeup zakupiłam trzy produkty z myślą o swoim ślubie. Ślub przesunęliśmy, więc mam jeszcze więcej czasu na testowanie idealnych kosmetyków na ten dzień :P Zamówiłam wodoodporny podkład Make-up Atelier Paris w kolorze FLW2B, który okazał się być idealnie dobrany do mojej karnacji. Do tego dobrałam puder fiksujący marki Kryolan w mniejszej wersji, czyli 20 gramów produktu. Zdecydowałam się na kolor P5, czyli dość ciemny, jednak już teraz mogę Wam podpowiedzieć, że odcień w tym przypadku nie ma znaczenia, gdyż na twarzy jest niemal transparentny. Trzeci kosmetyk to spray fiksujący także marki Kryolan. Wybrałam ten w standardowej wersji spryskiwacza, gdyż uznałam, że będzie wtedy bardziej wydajny. 


Wybrałam się do Hebe na małe zakupy i, jak to najczęściej w moim przypadku bywa, nie kupiłam wszystkiego, co chciałam. Znalazłam jednak peeling do twarzy Nacomi (wersja borówkowa), na który akurat była promocja (ok. 14 zł), a który pachnie obłędnie. Zdecydowałam się też na puder Prime&fine od Catrice po obietnicy efektu soft focus, czyli rozblurowywania skóry. Wstępnie powiem, że jest nieźle. Trzecia rzecz to baza pod cienie także Catrice - zdenerwowałam się na moje Color Tattoo z Maybelline, które przestały utrzymywać makijaż oka i wreszcie kupiłam bazę. Na ten moment sprawdza się lepiej niż wspomniane cienie w kremie. 



Ostatnie zdobycze to dwupak płynu micelarnego Garnier 3w1, który niezmiennie mnie zachwyca i który stoi na moim podium kosmetyków do demakijażu.  Złapałam go w Biedronce za ok. 24 złote. 

To wszystkie zdobycze. O dziwo, nie było tego dużo. Nie martwcie się jednak - już zamówiłam masę kosmetyków, które pokażę Wam z zdobyczach przyszłego miesiąca. Dodam, że będzie na co popatrzeć! 

A ja Wasze zdobycze? Pochwalcie się!

Miłego dnia!

29 marca 2016

NYX Eyebrow gel nr 03 Brunette - recenzja

Cześć!
Dziś przedstawię Wam kosmetyk do brwi, który ma sprawiać, że będą one podkreślone, wypełnione i nieco ujarzmione. Wszystko w jednym! Ale czy to działa? Dowiecie się tego czytają poniższy post.
Bohaterem dzisiejszego wpisu będzie żel do brwi marki NYX w odcieniu 03 Brunette. Produkt dostać można  w 5 odcieniach i niestety nie jest dostępny w Polsce stacjonarnie. Ja swój egzemplarz kupiłam na Allegro za ok. 35 złotych.
Opakowanie to miękka tubka z dzióbkiem, w środku której znajduje się 10 ml mocno napigmentowanego średnio gęstego żelu. Data przydatności do użycia to 9 miesięcy.
Do aplikacji tego żelu używam pędzelków Zoeva - rządzi 317 Wing liner, choć czasem sięgam i po 322 Brow line.
Żel nakłada się na brwi bardzo gładko. Nie grudkuje się, nie wałkuje i nie rozciera nierówno. Zastyga dość szybko, jednak na tyle wolno, by móc sobie poprawić to i owo. Nadaje się on zarówno do dorysowania pojedynczych włosków, jak i do wypełniania całych brwi naraz. Można go stopniować - zależnie od ilości osiągnąć możemy różny efekt. Przy większej ilości brwi staną się ciemne i naprawdę mocno podkreślone. Przy mniejszej można stworzyć iluzję własnych gęstych włosków. Można także zrobić ombre, czyli stopniowe przechodzenie koloru od jaśniejszego do ciemniejszego. Żel odrobinę utrwala brwi, ale nie na tyle, by przy niesfornych kłakach, zrezygnować z dodatkowego kosmetyku, który ma te brwi utrzymać w ryzach. 
Kosmetyk jest wodoodporny, nie jest jednak tłuszczoodporny, więc przy cerze tłustej może się trochę rozpływać, jeśli tej okolicy się nie przypudruje.  W moim przypadku utrzymuje się cały dzień w stanie nienaruszonym. Zmywa się łatwo i nie potrzeba do tego płynu dwufazowego - mi wystarcza woda micelarna z Garniera. Co do koloru - Brunette to neutralny brąz, średni w stronę ciemnego. Odcień wpada raczej w zieleń niż w szarość czy fiolet, więc oliwkowe karnacje będą zadowolone. Do tej pory nie spotkałam się z kolorem tak dobrze pasującym do moich brwi. Używam tego żelu od siedmiu miesięcy, a wystarczy mi go jeszcze na kilka, gdyż kropelka średnicy milimetra jest w stanie zapewnić makijaż obydwu łuków. 
Krótko mówiąc - jest to najlepszy kosmetyk do brwi, z jakim się spotkałam. Od koloru, przez trwałość, konsystencję, wydajność, cenę aż po efekt - wszystko to mnie zachwyca. Jedyny minus to dostępność, ale NYX wchodzi do Polski, więc może się ta sytuacja poprawi.
Znacie ten kosmetyk? Dajcie znać!
Miłego dnia!

24 marca 2016

Swatchowisko - Makeup Revolution - Ultra blush palette All about cream

Cześć!

Zapraszam Was na kolejną odsłonę Swatchowiska. Jeśli nie wiecie na czym polega ta seria odsyłam do TEGO wpisu. Tym razem zaprezentuję Wam paletę kremowych różów All about cream marki Makeup Revolution. Miłego oglądania!








I jak? Wpadła Wam w oko?

Miłego dnia!

22 marca 2016

Avon Color trend - Gel eye liner Bikini black & Blue waves - recenzja

Cześć!
Recenzje kosmetyków kolorowych to jedne z moich ulubionych postów, Wasze pewnie też, dlatego i dziś zabiorę Was w podróż po tej barwnej krainie.
Mam dla Was prezentację i recenzję dwóch kredek marki Avon z serii Color trend. Linery rozpopularyzowane przez jedną popularną vlogerkę stały się towarem deficytowym, gdyż strasznie trudno je w katalogu upolować. Nie wiem czy to celowy zabieg, czy jakiś niefortunny dobór asortymentu sprawia, że kredki pojawiają się raz na ruski rok i tak naprawdę nikt nie jest w stanie powiedzieć czy są one w stałej ofercie. Mi udało się upolować dwa kolory -  niebieski Blue waves i czarny Bikini black.
Kredki należą do grupy tych struganych i w choć ich otoczka jest plastikowa, struga się je nie najgorzej. Są to produkty żelowe, a więc z jednej strony fajne, bo przyjemne w aplikacji, a z drugiej niekoniecznie ciekawe, gdy trzeba je temperować. Występują tylko w trzech kolorach - oprócz dwóch, które posiadam jest jeszcze ciepły, średni fiolet. Ich cena to 12,99.
Jak się sprawdzają?
Kredki przez swoją żelową formułę fantastycznie rozprowadzają się na powiece. Suną po niej jak masełko. Powiedziałabym, że są nawet dość tłuste (choć brzmi to niezbyt przyjemnie). Konsystencja sprawia, że można by sądzić, iż są to produkty szybko migrujące, nietrwałe i odbijające się wszędzie, gdzie tylko można. Bynajmniej. Formuła jest przegenialna - zastyga na tyle szybko, by nie zdążyć się nigdzie odbić, ale na tyle wolno, by spokojnie wyrównać wszelkie krawędzie czy poprawić nierówności. Warto wspomnieć, że przy malowaniu kreski na górnej powiece przydałby się pędzelek - kredki przez swoją miękkość mogą być mało precyzyjne. Dobrze zastrugane zrobią ładną linię przy rzęsach, ale tak precyzyjna robota jak jaskółka wymaga już narzędzi. Co do trwałości - byłam niesamowicie zaskoczona. Linie narysowane tymi kredkami trzymają się nawet kilkanaście godzin! To u mnie fantastyczny wynik, zwłaszcza, że mam bardzo tłuste powieki, na których nic się nie trzyma. Na przypudrowanej powiece odbijają się w bardzo niewielkim stopniu i jest to bardzo proste do poprawki w ciągu dnia. Wystarczy zetrzeć odbitą linię i przypudrować powiekę, by kreskę utrzymać przez kilka następnych godzin. Co do koloru - do niebieskiego nie mam żadnych zarzutów, jest tak samo intensywny po kilku godzinach jak zaraz po nałożeniu. Dodam, że Blue waves to odcień ze srebrnymi drobinkami, które nie wyglądają, mimo wszystko, tandetnie, ale dodają jeszcze więcej uroku temu wakacyjnego kolorowi. Czarny po czasie nieco blaknie i wybijają się w nim... różowe drobinki! Żałujcie, że nie widzieliście mojej miny, gdy okazało się, że ta kredka ma jakikolwiek shimmer. Jest to ledwo zauważalne i to tylko wtedy, kiedy jest bardzo roztarta lub nieco wyblaknięta.
Dodam kilka słów o zmywaniu ich płynem micelarnym (u mnie Garnier 3w1) - niebieska schodzi bez problemu, z czarną jest niestety problem, ale wie to każdy, kto używa jakiejkolwiek żelowej kredki w tym kolorze. Po prostu trzeba przy takim demakijażu chwileczkę dłużej popracować.
Cóż mogę dodać na zakończenie - jeśli tylko zobaczycie je w katalogu - bierzcie w ciemno. Ja żałuję, że nie zamówiłam też fioletu. Polecam te kredki gorąco, bo inne, które posiadam, nie dorastają im do pięt.
Znacie te kredki? Dajcie znać co o nich sądzicie!
Miłego dnia!

19 marca 2016

O zużytych produktach słów kilka #7

Cześć!
Dziś mam czwartą część ostatniej serii o zużytych produktach, tym razem będzie to pielęgnacja twarzy. Jeśli jesteście ciekawi, co wcierałam w skórę ostatnio to zapraszam do przeczytania!
Zacznę "po bożemu", czyli od oczyszczania i demakijażu.
Do zmywania makijażu oczu mam trzy płyny micelarne. Pierwszy z nich to miniatura Avene, która była dołączona do jakiegoś czasopisma. Zmywał makijaż oczu nieźle, nie podrażniał, ale nie powiedziałabym, żeby był na tyle wyjątkowy, by płacić za niego ok 35 złotych. Drugi jest mój faworyt - Garnier 3w1 wersja różowa. Zmywa absolutnie wszystko, nie szczypie w oczy, nie wysusza skóry, jest tani i wydajny. Mój hit. Ostatni jest Jaśmin w płynie micelarnym z Ziai, który słabo radził sobie z makijażem oczu i podrażniał je, więc męczyłam się z nim okropnie. Jest tani, ale nie zawracajcie sobie nim głowy.
Nie obyło by się bez moich ulubionych płatków kosmetycznych Carea, które są najlepsze, nie rozwarstwiają się, są tanie i nie zostawiają pyłku oraz chusteczek nawilżanych Dada, które służą mi do przecierania rąk z podkładu. Są dobrze nasączone, jest ich dużo, więc je lubię.
Do oczyszczania twarzy zużyłam dwie różne pojemnościowo sztuki emulsji micelarnej Anida. Jest to mój ulubiony zmywacz makijażu od ponad roku. Jest bardzo tania (ok 15 zł), wydajna (300 ml) i ma lepszy skład niż emulsja marki Cetaphil. Anida zmywa makijaż twarzy, nie pozostawia skóry ściągniętej, nie wysusza jej, nie podrażnia. Polecam. Mam tu także ciekawostkę, czyli Quick treat firmy Glov. Jest to taka mała rękawiczka na jeden palec do zmywania makijażu oczu przy użyciu samej wody. Dziwne to jest i nie do końca w moim guście, ale nie można powiedzieć, że nie działa. Zmywa makijaż, jednak powoli i strasznie irytuje mnie uczucie oporu, jaki tworzy się, kiedy rękawiczka dotyka skóry. Dobrze dopiera się z kosmetyków. Można spróbować, bo jest to jakaś innowacja. Ważne! Nie pierzcie jej w pralce (jak ja to uczyniłam), gdyż zbierze cały brud, który napotka i niestety jest wtedy nie do doczyszczenia.
Czas na nawilżenie! Krem na dzień Nutritive vegetal marki Yves rocher to całkiem fajny nawilżacz. Nie jest zbyt ciężki i nie roluje się pod makijażem. Ma zapach, który staje się irytujący przy dłuższym stosowaniu dlatego ja robię sobie z nim przerwy. Skóra po jego użyciu jest nawilżona i gładka. Bandi fem@le energetyzujący multiaktywny koktajl  był bardzo lekki i przyjemny, ładnie wygładzał skórę i przepięknie pachniał. Super opakowanie air less umilało używanie. Nie ma jednak na tyle ciekawego składu, bym wydała na niego tyle, ile kosztuje (75 zł/30 ml). Dwa dobre kremy z Ziai - kuracja dermatologiczna z witaminą C +HA/P oraz kuracja ultranawilżająca mocznik 3%. Będę o nich mówić zbiorczo, gdyż niewiele się między sobą różnią. Nieźle nawilżają, nadają się pod podkład, wygładzają skórę. Ten z mocznikiem odrobinę lepiej nawilża. Warto się im przyjrzeć (nie mają parafiny w składzie). Ostatni w tej kategorii mam krem z filtrem 30+ Sun care marki Etre belle. Naprawdę fajny krem na lato, nieźle nawilża, ma wysoką ochronę, nie bieli twarzy jakoś dramatycznie i również, co ciekawe, nadaje się pod podkład. Uwaga na oczy, bo szczypie. Niewykluczone, że wrócę do niego latem.
Kosmetyki specjalnej troski, że się tak wyrażę, czyli takie, które działają przeciwwypryskowo, mam dwa. Jednym z  nich jest maseczka z minerałami z Morza Martwego marki Avon. Świetnie oczyszcza pory, wągry są mniej widoczne, wypryski przygaszone. Skóra wyraźnie staje się gładsza. Drugi kosmetyk to superskuteczny roll-on SOS marki Eveline, który skuteczny jest tylko z nazwy. Na mnie niestety nie działa, a jego zapach (tandetnych, męskich perfum z bazaru) doprowadza mnie do szału. Produkt bardzo wydajny, ale nie zmienia to faktu, że bezużyteczny.
Pod oczy mam dwa kosmetyki - oba równie beznadziejne. Żel ze świetlikiem lekarskim Floslek nie robił zupełnie nic, a jego klejąca konsystencja mnie odpychała. Jaśmin w kremie pod oczy i na powieki od Ziai, który miał być przeciwzmarszczkowy, czyli w założeniu mocno nawilżający, był mocno nijaki. Nie nawilżał wcale, nie zauważyłam żadnego jego działania, skóra nie stała się gładsza, ani mniej sucha. Tyle jego plusów, że nie podrażniał oczu. Niemniej, nadal uważam, że jest po prostu słaby.
Do oczu mam jeszcze trzy rzeczy. Po pierwsze henna marki Progres, która tak bardzo szczypała w oczy, że nie dałam rady sobie zrobić nią rzęs i na tym przygodę z nią zakończyłam. Po drugie aktywne serum do rzęs na dzień marki L'biotica, które nie dość, że nie działało, to nie nadawało się na dzień, gdyż zwyczajnie nie dogadywało się z maskarą. Po trzecie, wreszcie, świetna odżywka stymulująca wzrost rzęs Realash. Niestety miałam tylko miniaturkę, która wystarczyła na miesiąc, a już po tym czasie zauważyłam, że rzęsy dużo urosły i zagęściły się. Jak będę miała kiedyś stówkę na zbyciu, to chętnie zainwestuję w ten kosmetyk.
Z pielęgnacji ust także zużyłam kilka kosmetyków. Balsam z woskiem pszczelim od Avon był fantastyczny i chętnie kupię go ponownie. Ładnie nawilżał usta, dawał przyjemne, śliskie uczucie i ładnie pachniał. Niebieska kuleczka to balsam czekoladowy z Biedronki, nie wiem jakiej marki. Był niezły, choć ten zapach był mocno chemiczny. Długo trzymał się na ustach. Trzeci jest malinowy Balmi - tak mnie zirytował swoim badziewnym opakowaniem, które rozpadło się po pięciu użyciach, że szok. Balsam sam w sobie niby niezły, ale to opakowanie skreśla go w moich oczach.
Na koniec masa próbek, jednak żadna z nich mnie nie porwała na tyle, żeby rozejrzeć się za pełnowymiarowym opakowaniem.
Dajcie znać co Wam udało się zużyć ciekawego ostatnio!

Miłego dnia!

17 marca 2016

Yves rocher - Aksamitny krem intensywnie nawilżający Hydra vegetal - recenzja

Cześć!
Rzadko zdarza mi się kupować ten sam krem do twarzy więcej niż raz. Wciąż szukam ideałów, a że rynek oferuje nam bogactwo tego typu produktów to nie ograniczam się do żadnej z marek. Dziś zaprezentuję Wam krem, który pojawił się w mojej toaletce już któryś raz. Jeśli jesteście zainteresowani  cóż to za gagatek, zapraszam dalej.
Opowiem Wam dziś o aksamitnym kremie intensywnie nawilżającym Hydra vegetal marki Yves rocher. Seria niebieska skierowana jest do skóry suchej i normalnej, a z jej zasobów skomponować możemy kompleksową pielęgnację. Miałam już kilka produktów ze wspomnianej linii i wszystkie świetnie się u mnie sprawdziły.
Krem kosztuje od 26 do 39 złotych, ale zdarzają się promocje 2 w cenie 1, gdzie cena za sztukę to ok. 19 złotych. Można go zamówić online na stronie Yves rocher, w sklepach stacjonarnych w większych miastach lub skorzystać z oferty wysyłkowej. Jego pojemność to 50 ml.
Kosmetyk zamknięty jest w szklanym, ciężkim słoiczku z nakrętką przyozdobioną kolorem serii. To wszystko mieści się w pudełku, które jest zafoliowane i opatrzone informacją o produkcie w języku polskim. Wszystko więc jest zabezpieczone i mamy pewność, że żadne bakterie do środka się nie dostają.
Nie będzie to krem dla osób, które nie lubią perfum w składzie, gdyż zapach produktu jest dość intensywny. Jest to świeża i ostra woń, która, całe szczęście, znika zaraz po aplikacji. Nawet jak na mój, nieszczególnie wrażliwy na zapachy, gust jest to drażniąca właściwość.
Co do konsystencji - jest ona lekka, jak na kosmetyk, który ma w nazwie intensywnie nawilżający. Nie tak żelowa jak w wersji żel-krem z tej serii, ale i nie powiedziałabym, że jest bogata czy ciężka. Łatwo się rozsmarowuje, nie wysycha całkowicie, ale zostawia na skórze lekki film. Nie sprawia to jednak żadnych problemów podczas nakładania makijażu - nie roluje się, inne kosmetyki na nim rozprowadzają się równomiernie, ale mam wrażenie, że nałożony na niego make up szybciej znika z twarzy.
Skóra po aplikacji kremu jest dobrze nawilżona i gładka w dotyku. Może nie jest to hipernawilżenie rzędu Iwostin hydratia, ale jest naprawdę dobrze. Czuć też pod palcami wspomniany film, który kosmetyk pozostawia. Cera nie jest ściągnięta, suche skórki są nieco zniwelowane. Kiedy nakładam go pod makijaż na cały dzień, zapominam o tym, że mam suchą skórę. Po prostu czuję się komfortowo nosząc go na twarzy. Krem nie zapycha porów i nie powoduje innych niedoskonałości. Nie sprawdzi się jednak przy ekstremalnie suchej czy odwodnionej skórze - to jednak jest za słaba artyleria, brakuje mu trochę składników, które działały by na głębsze warstwy skóry.
Słoiczek o pojemności 50 ml wystarcza mi maksymalnie na półtora miesiąca używania raz dziennie. Weźcie poprawkę na to, że nie żałuję sobie kremu, więc pewnie normalnemu człowiekowi wystarczy on na dłużej.
Podsumowując - jest to dobrze nawilżający krem dla cery suchej i normalnej, który nadaje się zarówno na dzień, jak i na noc.  Nie zapycha, ale ma drażniący zapach. W promocji można go dostać z cenie wręcz drogeryjnej, więc jest to bardzo opłacalne.  Ja go mogę polecić.
Znacie ten krem? A może używałyście innych produktów z tej serii? Dajcie znać!

Miłego dnia!

15 marca 2016

DeBa Bio Vital - Odżywcza pielęgnacja dłoni - recenzja

Cześć!
Mam dziś dla Was recenzję ekscytującego produktu z absolutnie nieekscytującej kategorii, gdyż jest to krem do rąk. Kosmetyk, można by sądzić, mało interesujący i taki... zwyczajny. Tymczasem znalazłam perełkę wśród bezkształtnej masy, która jest na tyle fantastyczna, że nie mogę o niej nie napisać.  Jeśli chcecie poznać mojego faworyta wśród kremów do rak zapraszam dalej!
Mowa będzie o odżywczej pielęgnacji dłoni DeBa Bio Vital. Jest to krem w srebrnej, plastikowej tubce imitującej aluminium, dostępny raz na jakiś czas w sieci sklepów Biedronka. Jego cena nie przekracza 6 złotych za 75 ml. Producent deklaruje, że kosmetyk zawiera w 100% certyfikowane bio składniki m.in. olej ze słodkich migdałów i olejek babassu. Wspomnę jeszcze, że całość zapakowana jest w pudełko i zalakowana, czyli ochroniona przed ciekawskimi nosami i paluchami.
Krem rzeczywiście ma w sobie coś z migdałów - pachnie nimi. Ale nie tylko nimi. Dla mnie jest to zapach pomieszany z kakaem, orzechami i skórką świeżego chrupiącego chleba. Chyba nie muszę wyjaśniać, że jest to woń nieziemska i samo to przekonuje mnie do ponownego zakupu.
Konsystencja kremu jest równie niespotykana co wspomniany wyżej zapach. Jest to rzadki balsam, który po chwili rozsmarowywania gęstnieje na dłoniach, by zaraz zmienić się... w olejek! Tak! To niesamowite - jakby olejki wychodziły na wierzch pod wpływem ciepła. Dzięki temu dłonie są nawilżone, ale i tłuste. Nie będzie to więc krem dla wiecznie pędzących, którzy lubią szybkie wchłanianie produktów. Ręce po jego użyciu są gładkie i przyjemne w dotyku, nie trwa to jednak chwilę, jak przy innych kosmetykach, ale, mam wrażenie, że trwa długo, działa jakby długofalowo. Im częściej go używam, tym skóra jest w lepszej kondycji. Również skórki wokół paznokci wreszcie przestają dokuczać i wyglądać jakby kremu nie widziały nigdy.
Odżywczą pielęgnację DeBa Bio Vital łatwo także wydobyć z tubki, która jest na tyle miękka, by ułatwiać aplikację.
Krótko mówiąc - jestem zachwycona tym produktem! W kwestii kosmetyków jestem bardzo wymagająca i niewiele rzeczy mnie w pełni satysfakcjonuje - tu jednak mogę całą sobą zapewnić, że jest to wspaniały krem - świetnie nawilża, pięknie pachnie, jest tani, dostępny w Biedronce i ma niezły skład. Nie wiem czego więcej mogłabym od niego wymagać. Gorąco polecam!
Znacie ten krem do rąk? Dajcie znać co o nim sądzicie!
Miłego dnia!

12 marca 2016

Zdobycze lutego 2016

Cześć!
Mamy już prawie połowę marca, więc najwyższy czas na post o zdobyczach lutego. Jeśli jesteście ciekawi co nowego znalazło się w mojej toaletce i czego recenzji czy prezentacji możecie spodziewać się w najbliższym czasie, zapraszam dalej!
Zacznę od kolorówki, gdyż mam tu kilka ciekawych rzeczy. Poszalałam z podkładami, przyznaję. Kryjący Vollare Elegance w eleganckiej butelce z pompką dorwałam w Biedronce. Jest to dość ciekawy kosmetyk z niskim SPF (10) i o całkiem dobrym kryciu. Drugi jest Maybelline Dream satin liquid w nowej formule. Także kupiony w Biedronce za niespełna 20 złotych. Trzeci - Makeup revolution  The one foundation zdobyłam na wizażowej wymiance. Jest to najbardziej płynny podkład, jaki znam. Ma bardzo żółty kolor, dzięki czemu będzie świetny do poprawiania odcieni innych fluidów. Również z wymiany mam korektor pod oczy Alterra, który w Polsce nie jest dostępny. Ma bardzo ładny, jasny kolor (nr 03). Skończył mi się puder, więc potrzebowałam czegoś na szybko. Wybrałam Bell Pocket 2skin, który przypomina mi trochę mój ulubiony Bebeauty, którego nie można już kupić. Udało mi się zdobyć trzecią paletkę różów Makeup revolution. Tym razem jest to Hot spice, która zawiera same pomarańczowe i brzoskwioniowe odcienie. Kolejny róż to Bell z limitowanej serii Candy colours w odcieniu nr 2. Jest to tak wyjątkowy kosmetyk, że jestem zdumiona, iż kosztuje tak niewiele. Ma piękny, nieco malinowy odcień z shimmerem i mocną pigmentację, więc łatwo z nim przesadzić. Mam tu także płyn Inglot Duraline, na który czaiłam się już bardzo długo. Mam nadzieję robić za jego pomocą letnie, kolorowe kreski. A skoro już przy kreskach jesteśmy to zamówiłam z Avonu dwie żelowe kredki z serii colortrend w kolorach bikini black i blue waves. Są okrutnie trudno dostępne, ale udało mi się je wreszcie dorwać. Mam nadzieję, że będą tak dobre, jak się o nich mówi.
Moje pielęgnacyjne zasoby także się powiększyły. Po ostatnich wybrykach mojej skóry postawiłam na Effeclar duo [+] marki La roche-posay, czyli krem przeciw niedoskonałościom. Dopiero teraz mam zamiar zacząć go używać i mam nadzieję, że poprawi stan mojej cery. W zestawie była także woda termalna tej samej marki, której używam pod krem. Jako gratis do tego zamówienia dostałam próbkę kremu Vichy Liftactiv advanced filler. Z mocnym postanowieniem nawilżenia skóry kupiłam w aptece maść z witaminą A. Nie przyszło mi jednak do głowy, że jest ona na wazelinie, więc do twarzy używać jej niestety nie będę. Na wizażu zdobyłam maskę zwężającą pory Ziaja Pro. Mam nadzieję, że sprawdzi się u mnie tak samo dobrze jak maska oczyszczająca z tej serii. Kupiłam także mój ulubiony krem do rąk DeBa w wersji migdałowej - gorąco polecam ten kosmetyk, zawiera w 100% certyfikowane bio składniki, jest tani i wspaniale nawilża oraz wygładza skórę.
Kupiłam także dwa pędzle. Jeden to gąbka na trzonku z chińskiego sklepu, zapłaciłam za nią 10 złotych, więc nie był to majątek, a wygląda naprawdę fajnie. Nie chłonie wody, ale mimo to ładnie rozprowadza korektor pod oczami. Drugi jest pędzel z Avonu - płaski, przeznaczony do konturowania, miękki i sprężysty. Naprawdę fajny. A na deser szczotka Tangle teezer, którą dostałam od przyjaciółki - zobaczymy czy to taki hit, jak o tym mówią.
To już wszystkie zdobycze lutego. A Wam co wpadło ciekawego ostatnio? Dajcie znać!

Miłego dnia!