21 czerwca 2016

TheBalm - Mary-Lou manizer & Bahama mama - recenzja

Cześć!
Jeśli śledzicie mój blog na bieżąco zapewne wiecie, że na gwiazdkę dostałam od Lubego paletę In theBalm of your hand marki theBalm. Pokazywałam Wam już ją w swatchowisku, jednak przyszedł czas na recenzję. Dziś skupię się na dwóch kultowych produktach - Mary-Lou manizer oraz Bahama mama. Czy jestem nimi zachwycona jak większość blogosfery?
Mary-Lou manizer to rozświetlacz, który w pełnowymiarowej wersji ma 8,5 grama i kosztuje ok. 65 złotych.  Moja wersja ma ok. 1 grama i jest osadzona w palecie. Na oko wielkość przypomina standardowe wkłady cieni do powiek jak np. Ingot czy Kobo. Z przyczyn oczywistych nie będę rozwodzić się nad oryginalnym opakowaniem, ale dodam, że plastik jest o niebo lepszym pomysłem niż kartonowe pudełeczka, z których  theBalm słynie. 
Rozświetlacz wydaje się ciepły i złotawy, jednak na skórze robi się bardziej neutralny. Ma lekko złotawo-brzoskwiniowy, nienachalny kolor. Błysk jest na granicy - ani nie należy do tych złocistych, ani tych zamglonych i satynowych. Powiedziałabym, że odpowiednio zaaplikowany może odpowiadać intensywnością osobom o różnych preferencjach. Kolorem także będzie w porządku dla większości karnacji - może oprócz alabastrowych i skrajnie różowych. Mary-Lou należy do tych pudrów rozświetlających, które są półtransparentne, dzięki czemu na skórze zostawia mało pigmentu, nie tracąc przy tym błysku. Dobrze się rozciera i utrzymuje cały dzień. Nie pozostawia pudrowego efektu. Niby wszystko pięknie, ale dla mnie jest to kosmetyk zupełnie przeciętny. Przy rozświetlaczu muszę mieć efekt wow. Nie chodzi mi o to, by błyszczał tak, żeby było go widać z kosmosu, ale chodzi o to, by ten efekt mnie zachwycał, by sprawiał, że chcę zerknąć w lusterko, aby znów go zobaczyć. Taki produkt musi mieć w sobie coś unikatowego. Mary-Lou tego nie ma. Nie będzie więc zdziwieniem, że po wykorzystaniu tej miniaturowej wersji nawet nie spojrzę w stronę tego rozświetlacza w pełnowymiarowej pojemności.
Brązer Bahama mama w standardowej pojemności ma 7,08 grama i kosztuje ok. 65 złotych. Moja miniaturka to 3 gramy. Kolor tego pudru to neutralny, lekko oliwkowy brąz. Raczej średni niż ciemny. Na palcu wygląda na lekko satynowy, jednak na policzku wypada na mat. Tekturowe opakowanie pełnej wersji jest tak samo niepraktyczne i tak samo syfiaste jak moja paleta. Nie da się tego wyczyścić, choćby i godzinę nad tym siedzieć (wiem z doświadczenia). Wygląda to nieestetycznie, na co nawet mój Luby zwrócił uwagę, grzebiąc mi w toaletce.  
Jest to kosmetyk na granicy brązera i pudru do konturowania. Teoretycznie powinien pasować większości karnacji i dochodzą do mnie głosy, że rzeczywiście wiele osób jest w niego zadowolone. Ja nie. O ile kolor jest piękny, o tyle to, jak kosmetyk zachowuje się na skórze woła o pomstę do nieba. Problemy zaczynają się już podczas aplikacji - puder nakłada się nierówno, plamiście, robią się prześwity. Nie zraziło mnie to jednak i dawałam mu kolejne szanse. Wiele kolejnych szans. Nakładałam go na dwa kremy, pięć podkładów, trzy różne pudry, a także bez pudru, wybierałam kilka modeli pędzli. Próbowałam go dobrze rozcierać i nie rozcierać wcale, nakładać odrobinę i aplikować dużo. Wszystko na nic. Za każdym razem efekt jest taki sam - plamy i dziury. Nosiłam go jednak, by zobaczyć jak zachowa się w ciągu dnia - było tylko gorzej. Ni stąd ni zowąd brązer znikał. Nie byłoby w tym nic szalenie oburzającego, gdyby znikał cały, jednak on znikał plackami. Nigdy nie widziałam czegoś takiego - jakbym zmyła go całkowicie w tych miejscach, jakbym go zdrapała. Coś okropnego. Raz w akcie desperacji chciałam go z policzków wytrzeć i zauważyłam wtedy, że wszedł w pory, a skóra wyglądała na brudną. Dla mnie porażka na całej linii. Jestem bardzo ciekawa pozytywnych opinii na jego temat - jak to możliwe, że zgarnia takie ochy i achy. Czasem myślę, że kiedy kosmetyk zostanie wypromowany przez jakąś znaną blogerkę/vlogerkę i pójdą za tą opinią tłumy to wstyd się ludziom przyznać, że się z daną opiniodawczynią nie zgadzają (bo przecież ona się zna, jest popularna, fajna, trzeba być jak ona). Czasem jest też tak, że ludzie wmawiają sobie, że coś jest dobre lub jest lepsze niż w rzeczywistości. Czasem bardzo chcą lubić dany kosmetyk, bo przecież wszyscy go lubią. Sama miewam takie momenty, ale szybko się z nich otrząsam, gdyż uważam, że każda z nas zasługuje na kosmetyk fantastycznej jakości, a nie jakiś-tam, który same w głowie musimy podkręcić, by zaczął taki być. Rozumiecie? Nie dajcie sobie wmówić, że coś jest świetne, skoro tego nie czujecie. Wracając do brązera - nie polecam i nie kupię opakowania pełnowymiarowego.
Na twarzy oba kosmetyki wyglądają tak jak na poniższych zdjęciach.
A co Wy sądzicie o tych kosmetykach? Myślicie, że jakość rzeczywiście idzie w parze w popularnością? Dajcie znać!

Miłego dnia!

16 komentarzy:

  1. Prawda! Bardzo często zachwyty są wynikiem dobrej promocji. No bo w końcu kim ja jestem żeby krytykować skoro jakieś "gwiazdy" uważają to z ósmy cud świata :). Ja tak mam z balsamami EOS - niby fajne ale d... nie urywa ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o EOSach czytałam mnóstwo negatywnych opinii, podobno uczulają - skreśliłam je ze swojej wishlisty ;)

      Usuń
  2. Bahama Mama dla mnie się nie nadaje, za ciepły... Mary Lou niestety nie znam, za to róże The Balm uwielbiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mam trzy ich róże, jednak również mnie nie przekonują :/

      Usuń
  3. Jakoś na pewno nie idzie w parze z popularnością, z ceną także często ma mało wspólnego. I choć mi paletką, którą masz nie przypadła do gustu to Bahama Mama i Mary Lou posiadam jako pełnowartościowe produkty i bardzo lubię :) Choć nie wiem, czy następnym razem postawię na nie ze względu na dość wysoką cenę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. paleta rzeczywiście nie jest szczytem marzeń - najbardziej lubię z niej cienie, reszta jest rozczarowująca.

      Usuń
  4. Nie miałam i raczej się nie skuszę. W ogóle te kosmetyki mnie nie kuszą a zwykle czytam o nich same ochy i achy :(

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam tę paletkę i całkiem lubię. Mary Lou uwielbiam ale znam prawie identyczny a o 50 zł tańszy zamiennik - lovely gold highlighter. Bahama mama też jest fajna ale dla mnie odrobinę za ciepła jednak.

    Pozdrawiam,
    http://wszystkooczymmarzakobiety.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam rozświetlacz od Lovely, jednak nie uważam, żeby był to odpowiednik Mary. Z resztą - on także mi nie odpowiada do końca.

      Usuń
  6. Ja z roświetlacza jestem bardzo zadowolona - daje efekt pięknej tafli :) Co do bronzera to ciężko powiedzieć... Dla mnie jest za ciemny, natomiast często stosuje go malując inne osoby i nie narzekam na niego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jak widać dla każdego tafla to zupełnie coś innego ;)

      Usuń
  7. No proszę, chyba pierwsza negatywna opinia na ich temat, na jaką wpadłam :) Sama się nie wypowiem, bo w ogóle the Balm mnie nie kusi :P

    OdpowiedzUsuń
  8. Długo uwielbiałam Mary Lou, ale ostatnio pokochałam mocniej inny rozświetlacz - Golden Lights Makeup Revolution <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wygooglowałam ten golden lights, ale dla mnie byłby zdecydowanie zbyt złoty. Z MUR mam fajną paletę rozświetlaczy - coś na zupełnie innym poziomie niż Mary, coś eleganckiego i delikatnego Radiance palette - polecam :)

      Usuń

Każdy komentarz to dla mnie ogromna radość, na każdy odpisuję i staram się odwiedzić jego autora, jeśli również prowadzi bloga.

Nie wstydź się, napisz coś ;)